Jan Lityński wspomina zdarzenia sprzed 40 lat
Kategorie: Wszystkie | dziennik '68 | Od autora
RSS
środa, 02 kwietnia 2008
Wtorek, 19 marca 1968: Klawisze

Powoli poznaję oddziałowych, czyli naszych klawiszy. Jest ich dwóch dziennych, niekiedy pojawiają się kobiety w mundurach, ponieważ na naszym piętrze jest też oddział kobiecy. Jeden oddziałowy to Jasio – pełen energii, zawsze wesoły. Otwiera drzwi szybko, zaś kluczem stuka jak zawodowy werblista. Jego przeciwieństwem jest Marian, zwany też Smutnym. Zgodnie z przydomkiem nigdy się nie uśmiecha, mówi cicho jakby  nieśmiało, zachowuje się jakby przepraszał, że  przeszkadza nam w  wypoczynku. W przeciwieństwie do Jasia nosi zawsze czapkę. Przechodząc obok dyżurki na spacer odkrywam jego tajemnicę. Marian jest łysy i wyraźnie swej łysiny nie lubi. Oddziałowi to na ogół chłopo-klawisze.

Mieszkają na wsi i system 12 godzin pracy z jednodniową przerwą pozwala im na doglądanie gospodarki i prace na roli. Trzecim klawiszem, wolnym elektronem, jest „Prawda”. Jest na oddziale codziennie. Niekiedy to on przyjmuje apel wieczorny. Nikt nie salutuje z takim namaszczeniem. Lubi wpaść szybko do celi. Gdy widzi mnie blisko okna stwierdza: – Proszę uważać. Naczelnik jest dobry człowiek, ale może się zdenerwować. I wtedy za minimalne wykroczenie, maksymalna kara. Prawda, nie!

Po południu otwierają się drzwi i klawisz wskazuje na pana Jurka i pana Ryśka – Wy i wy. Z rzeczami. Oznacza to, że nas rozdzielają. Wskazani szybko się pakują. Mam wrażenie jakby mi odbierano kogoś bliskiego. W celi szybko przywiązuje się do ludzi, a każda zmiana może oznaczać zmianę na gorsze. W każdym razie dla pana Jurka to jeszcze nie droga ostatnia, ponieważ wyprowadzają ich dwóch. Zostajemy z panem Tadeuszem.

Po pół godzinie jest nas już trzech. Do celi wchodzi Paweł Bąkowski, z fizyki, członek wydziałowego komitetu strajkowego. Złapali go na ulicy. Pawła poznałem na obozie wojskowym latem 66, który odbywałem z powodu choroby w 65 roku z rokiem niżej. Nigdy się specjalnie w nic nie angażował, ale zawsze można było na niego liczyć. To ciekawe, ale takich ludzi poznawało się niemal natychmiast, nawet bez rozmowy o polityce. Wskazywał na to ich sposób bycia, sposób prowadzenia rozmowy, rodzaj zainteresowań. Paweł przynosi nowe wieści.  Strajki studenckie trwają, nie tylko na Uniwersytecie i Politechnice, ale a całej Warszawie i na wielu uczelniach pozawarszawskich.

Poniedziałek, 18 marca 1968: 6 książek, po dwie na każdego

Dostaje zamówiony katalog książek. I tu zachwyt. Cała polska klasyka, świetne zbiory klasyki światowej, dużo powieści współczesnych. Pieczołowicie wypełniam kartę zamówień numerkami. Przychodzi bibliotekarz, przynosi zamówione książki. Ja dostanę moje dopiero za dwa tygodnie. Oczywiście przypadkowo wybrane z wypełnionej przeze mnie karty. Ale i tak nie jest źle. W celi jest 6 książek, po dwie na każdego. Zawsze można znaleźć coś do czytania.

Wzywają pana Jurka. Ma prawo do godzinnego widzenia co dwa tygodnie. Bardzo humanitarny zwyczaj. Godzina co dwa tygodnie spotkania  z rodziną w oczekiwaniu na decyzję Rady Państwa. Pozostali w celi opowiadają mi, że pan Jerzy dość długo odmawiał odpowiedzi. Załamał się, gdy śledczy przyniósł sznur zawiązany w stryczek i stwierdził, że na tym właśnie go powieszą. Sąd stwierdził, że za swe informacje otrzymał 6 tysięcy dolarów. Wawrzeckiego z afery mięsnej zamordowano za nieco większą sumę. W obu wypadkach procesy były pokazowe. Studenckie protesty zbliżają Jerzego Strawę do celi śmierci.

Niedziela, 17 marca 1968: Do naszych gaci klawisz salutuje

Pobudka o godzinę później. I cały dzień jakby nieco leniwy. Nie słychać od rana szczekających drzwi, okrzyków klawiszy. Dopiero o godzinie 10 rozpoczynają się spacery. Spacer odbywa się w klatkach. 3 środkowe to jakieś 6 kroków na 6. Lepsze są dwie zewnętrzne – przed skrętem można się rozpędzić na jakieś 12 kroków. Chodzimy jeden za drugim, rozmowy są zakazane. Nad nami siedzi w kożuchu klawisz. Trwa to pół godziny, po czym lądujemy w celi.

Wieczorem jak zwykle apel. Scena jest Szwejkowska. Stoimy w gaciach i do naszych gaci klawisz salutuje i zamyka drzwi.

Pan Jerzy przystępuje do ćwiczeń. Gimnastykuję się około pół godziny (wszystko na wyczucie, zegarków oczywiście nie mamy). Kończąc mówi, jakby tonem usprawiedliwienia – To tylko dlatego, że kręgosłup mam słaby. I nie wiem, czy to makabryczny żart z  własnej sytuacji, czy jeszcze nadzieja, że stanie się cud. Chociaż pan Jurek zdaje się uciekać od nadzieji. Pokazując mi zapisany maczkiem zeszyt, mówi ze smutnym uśmiechem – to robiłem jeszcze wtedy, gdy wierzyłem, że może być dobrze.

Sobota, 16 marca 1968: Powycinane gazety

Każdego dnia tuż po śniadaniu odbywa się sprzątanie celi. Wygląda to na rytuał, mający stworzyć namiastkę normalnego domu. Dziś kolejka pana Tadeusza. Najpierw dokładne ścieranie kurzy, następnie kibel. Podobnie jak na Mostowie jest on elementem umeblowania celi.

O ile jednak na komisariacie, gdzie wszystko było tymczasowe nie budziło to większych emocji, o tyle tu ten odkryty przedmiot, z natury kojarzony z poczuciem intymności, budzi poczucie zagrożenia. Trudno się do niego przyzwyczaić a jeszcze trudniej korzystać. Po wyczyszczeniu kibla następuje czyszczenie podłogi. Podłoga składa się z wiórkowych kostek  pastowanych czerwona pasta. Każdy ma swój sposób doprowadzania jej do lśnienia.

Wczoraj pan Ryszard froterował kolejno – jedna kostka w pionie, druga w poziomie. Pan Tadeusz preferuje robienie kółek, na co pan Rysiek patrzy z wyraźnym niezadowoleniem. Siedzą już prawie dwa lata i wyraźnie każdy z nich jest przywiązany do swojego stylu.

Około południa szczęk drzwi. Przynoszą gazety.  Moich jeszcze nie, ponieważ dopiero wczoraj zamówiłem  prenumeratę – i dzienniki i „Politykę” i „Przegląd Sportowy”. Zastanawiam się chwile, czy nie zamówić innych tygodników, jednak bojąc się o stan konta zrezygnowałem.  Gazety dostaję od współtowarzyszy. I w  „Trybunie Ludu” i w „Życiu Warszawy” ślady nożyczek. Wyraźnie nasi opiekunowie z SB nie chcą nas narażać na stres. Tak więc w powycinanych gazetach nie ma niczego o studenckich strajkach. Można się tylko domyślać, ze jeszcze trwają, co oczywiście podnosi na duchu.

środa, 26 marca 2008
Piątek, 15 marca 1968: Niech pan uważa, od tego dostaje się wzdęć

W celi jest nas czterech - pan Jurek, pan Rysiek i pan Tadek. Dopóki byli we trójkę jedna z górnych prycz służyła za dodatkową półkę. Pobudka jest o 6-tej. Do siódmej paradujemy w białych gaciach, ścielimy łóżka - Nie tak panie Janku, tu trzeba zagiąć. Poduszkę trzeba zawinąć, a fałdy niech pan wyrówna taboretem.

Na korytarzy słychać otwieranie drzwi i przytłumiony huk. To wrzucają do cel złożone w kostkę na taborecie ubrania i buty. Potem przynoszą śniadanie i zaczynam rozumieć, skąd bierze się kwaśny zapach. Tak pachnie czarny chleb, który jednak mi smakuje i zjadam kilka kromek.

- Niech pan uważa, od tego dostaje się wzdęć - radzi mi pan Tadek. Siedzimy rozmawiamy, opowiadam co dzieje się na mieście. Po chwili już wiem, że pan Rysiek i pan Tadek są już po wyrokach - dostali po siedem lat za przestępstwa urzędnicze - jeden pracował w podwarszawskiej radzie narodowej, drugi na kolei. Gdy pan Jurek odwraca się, pan Rysiek mówi mi najciszej jak może. - On ma karę śmierci. Jakby mróz przeszedł przez celę. Przechodzi mnie dreszcz. Patrzę na pana Jurka i przypominam sobie. Kilka miesięcy temu w telewizji na kronice filmowej pokazywali proces o szpiegostwo Jerzego Strawy. Pamiętam skulonego człowieka na ławie oskarżonych. To był właśnie pan Jurek.

Czwartek 14 marca 1968: Jestem na Rakowieckiej

Zatrzymali Józka Dajczgewanda. Ktoś widział go na korytarzu w Mostowskich. Nie tylko ja byłem nieostrożny. Pojawiły się obrzydlistwa w organie Stronnictwa Demokratycznego „Kurierze Polskim”, gdzie produkuje się niejaki Gontarz, dotychczas całkowicie nieznany .

Teksty z anonimowych ulotek, pełne antysemickich treści, uzyskują autora. Wygląda na to, że akcja była przygotowywana od pewnego czasu. Dlaczego SD? Pewnie nie chcą, by te świństwa zaczynało PZPR. Taka zabawa w pozory. Zapada już zmrok, gdy wywołują mnie z celi.

Prowadzą na górę. Z daleka widzę Heńka Rubinsztajna, co oznacza, że zatrzymania objęły też Politechnikę. Młody stosunkowo facet, przedstawia się jako prokurator Jarzyna i odczytuje mi zarzut o spowodowanie zamieszek - do lat 5-ciu. Umiarkowanie, biorąc pod uwagę, że sławetny 23 artykuł z mkk (mały kodeks karny o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa), z którego skazywali Jacka i Karola, a dopiero w styczniu skazali Janusza Szpotańskiego za utwory satyryczne startuje od 3 lat.

Jarzyna zadaje kilka pytań, na które odmawiam odpowiedzi i stwierdza, że zostałem zatrzymany na 3 miesiące. Ponownie na dół, oddanie depozytu i wprowadzają mnie do więźniarki, którą już raz jechałem po styczniowej demonstracji. Wychodzę na więzienny dziedziniec. Jestem na Rakowieckiej.

Tu kończy się rola milicji. Przejmuje mnie służba więzienna. Wprowadzają mnie do magazynu, gdzie muszę się rozebrać. Własną bieliznę zastępuje więzienny przydział - obrzydliwe białe gacie zawiązane na troki i stalowa koszula z długimi rękawami. Wyfasowyję też dwa prześcieradła, dwa wyliniałe koce, aluminiowa miskę i taką sama łyżkę. Wszystko to trzeba umiejętnie spakować w otrzymany koc i takim zawijakiem wyruszam po czujna opieka klawisza w głąb więzienia.

Wchodzimy na korytarz, po obu stronach cele, w środku schody zabezpieczone siatką. Idziemy wolno, a ja ma wrażenie jakbym szedł drogą wyznaczoną przez poprzednie pokolenia. Jestem na drodze, którą oni wyznaczyli. Jeszcze stuknięcia kluczem w drzwi. Klawisz krzyczy „idę”, na co odpowiada głos „Idź, wolne”. Drzwi się otwierają. Wchodzimy na drugie piętro klawisz otwiera drzwi celi. Jestem w pawilonie XII na Mokotowie oddział II cela 52.

Środa, 13 marca 1968: Po co lazłem do domu?

Spałem snem ciężkim z dziwacznymi obrazami. Budząc się myślałem o tych którzy już są tu bądź w więzieniu - Jacek, Karol, Adam, Basia, Irena, Witek. To jakby lżej, że przyjaciele są niedaleko, chociaż oznacza to, że tym razem to już na dłużej.

Budzę się z uczuciem nie tyle zmęczenia, co wściekłości. Na siebie. Po co lazłem do domu?  O ile 8 marca rzeczywiście nie miałem szans uciec, to wczoraj po prostu się u nich zameldowałem. Leniwy dzień, trochę studentów, mój szkolny kolega Leszek Klupiński z ekonomii chyba wychodzi, szepcze mu coś nerwowo do ucha, by porozumiał się w Witkiem Holsztyńskim, ze świadomością, że to nic nie zmieni.

Pojawiają się kłopoty z papierosami, ponieważ ostatniego wypaliłem wczoraj po aresztowaniu. Po południu wprowadzają Mirka Sawickiego. Okazało się, że dostał wezwanie do prokuratury i natychmiast gdy stawił się został zatrzymany i przywieziony tutaj. No cóż, nie pierwszy to wypadek, że nie przychodzi nam do głowy, że można się ukrywać.

Okazuje się, że mamy bardziej rozwinięte poczucie prawa niż SB-ecja, prokuratura i gazety. Spotkanie przyjaciela w areszcie zmienia charakter zatrzymania. Jakby się było nieco mniej w więzieniu. Z poczucia doświadczonego więźnia pouczam Mirka, by nie czytał przy jedzeniu. Chodzi o to, by umiejętnie rozłożyć przyjemności, o ile można nazwać przyjemnością jedzenie obiadowej brei czy czytanie powalających się po celi książek noszących jeszcze stempel Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.Około 16-tej wzywają mnie na górę, wprowadzają do pokoju, gdzie najpierw ubek a potem prokurator Krasowski przesłuchują mnie w charakterze świadka.

Tym razem już nie ćwiczę swojej umiejętności „udawania niewinnego” lecz wyuczoną formułką odmawiam odpowiedzi powołując się na art. 164, który mówi o odmowie, gdy odpowiedź mogłaby mnie zagrozić. Ubek stwierdza, że to pośrednie przyznanie się do winy. Przygotowywaliśmy się właśnie na takie odzywki.

poniedziałek, 17 marca 2008
Wtorek, 12 marca 1968: Tym razem posiedzę dłużej

Władze doczekały się. Kłamliwe informacje w „Życiu Warszawy" i „Sztandarze Młodych" o awanturniczych wystąpieniach studenckich spowodowały, że zaprotestowała Politechnika. Od wczoraj rana trwa tam strajk.

Rano spotykam się z Olkiem Perskim, u którego są Marcin Król, Kuba Karpiński, Andrzej Mencel. Omawiamy sytuację, przygotowujemy tezy rezolucji. Potem do pałacu na wydział matematyki. Spotykam Witka Marka, asystenta, u którego chodziłem na seminarium. Przypomina mi, jak to kilka tygodni temu, podczas moich nielicznych odwiedzin seminarium, wieczorem szła za nami obstawa. „Wtedy byłem tym zdziwiony, teraz rozumiem” - mówi. Matematyka to specyficzny wydział. Są całkowicie niezależne od polityki, przynajmniej na poziomie wykładu.

Na Politechnice

Trwa strajk na Politechnice... 


(Fot. Krzysztof Floryan)

Następnie szybko na Uniwersytet, gdzie rozpoczyna się narada komitetów studenckich z przedstawicielami rektoratu. Własowie to rozmowa między nami. Wspólnie z Teresą walczymy o to, by Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego objąć studencką obroną. Przeciwnicy argumentują, że nie są oni studentami i ich obrona rozsierdzi władze. Obie strony zdają sobie jednak sprawę, że znaczenie obrony jest jedynie symboliczne. Studenci też siedzą. Zapadły już wyroki z „bomby”, czyli trybu przyspieszonego przewidywanego dla wykroczeń chuligańskich. I tak 6 miesięcy dostał Witek Nagórski, który kilka tygodni temu razem ze mną stawał przed Kolegium za demonstracje „dziadowską”. Witek był wtedy zdumiony, gdy z całą powagą zaprzeczałem udziałowi w demonstracji i z poważną miną twierdziłem, że przechadzałem się po Krakowskim z grupą przyjaciół, gdy zaatakowała nas grupa nieznanych osobników. Wtedy dostaliśmy tylko po kilka tysięcy. Dzisiaj to już miesiące.

Ktoś proponuje, by zanieść nasze rezolucje do ambasady czechosłowackiej, lecz zostaje nieomalże skarcony przez poważnego Aranowskiego. Sytuacja w Czechosłowacji jest jednak dla nas wyzwaniem. Od kilku lat chodziliśmy do kina na czeską „nową falę”, by od stycznia z pewnym zdziwieniem i zazdrością obserwować to, co się dzieje w Pradze. Niestety, Polska szła w przeciwnym kierunku. Tam listopadowe studenckie demonstracje zapoczątkowały zmiany niemal na pewno na lepsze.

Z wydziału prawa przyszedł Staszek Dąbrowa. Podziwiam go. Spotykałem się z nim jeszcze przed „Dziadami”. Był zainteresowany tym, co robimy, chciał rozmawiać. Jednak jego brat jest czołowym działaczem ZMS-owskim, szybko awansującym w strukturach PZPR. To musi być dla Staszka obciążenie. Jednak wygrywa w nim poczucie odpowiedzialności. Jest jak zwykle rzeczowy i spokojny.

Do wieczora siedzę na filozofii, gdzie najłatwiej spotkać ludzi. Rozmawiamy, analizujemy, umawiamy się, szukamy kontaktów z innymi uczelniami i miastami, bowiem protest wyszedł już poza Warszawę.

Późnym wieczorem wracam z Teresą. Postanawiam wpaść do domu, licząc, że uda mi się wziąć bieliznę i przenocować u znajomych. To naiwne. Po 10 minutach dzwonek i natychmiastowe niemal dobijanie się do drzwi. Niemal bez słów mnie wyprowadzają. Tym razem wiem, że to na dłużej. Pustymi ulicami prosto do Mostowskich. I od razu na dołek. Zmęczony zasypiam natychmiast.

Poniedziałek, 11 marca 1968: Czas zmienia ludzi czy to my zmieniamy czas?

Bez przeszkód docieramy na filozofię. Tam przewalające się tłumy. Atmosfera napięta. Zebranie prowadzą Klemens Szaniawski, jednoznacznie sympatyzujący ze studentami, i Włodzimierz Wesołowski, któremu do jednoznaczności daleko. Uczestniczy też Jan Malanowski, którego postawy jestem ciekawy, bowiem jest on autorem interesujących opracowań o robotnikach. Wydaje się sympatyzować z nami. Radykalizuje się natomiast Krzysztof Jasiewicz, dawny działacz ZMS-owski, który z początkowego przeciwnika „komandosów” stał się naszym sympatykiem, a wydarzenia ostatnich miesięcy przekonały go zupełnie. Rozmowa z nim to prawdziwa przyjemność, bowiem umie trzeźwo analizować sytuację. Powstaje Komitet Studencki. Jego rzecznikami zostają Teresa Bogucka i Jurek Diatłowicki.

Z filozofii przejście do kompleksu uniwersyteckiego, nieco emocjonujące, bowiem brama główna jest zamknięta i trzeba iść aż do Oboźnej. W Audytorium Maksimum zaczyna się już wiec. Jest prorektor Bazylow, mający uzasadnioną opinię oportunisty, ale też prof. Leśnodorski, lubiany przez studentów dziekan prawa i entuzjastycznie witany legendarny ekonomista Bobrowski.

Stawiamy pytania, oceniamy sytuację. Ktoś rzuca pomysł wyboru Komitetu Studenckiego. Kandydatem pierwszym jest Andrzej Aranowski z ekonomii, z roku Sewka Blumsztajna i Ireny Żyto. Z Andrzejem rozmawiałem przedtem wielokrotnie, namawiałem go, by uczestniczył w naszych dyskusjach. Był pełen rezerwy, niekiedy wręcz wrogości. Teraz jednak mówi jasno. Czas zmienia ludzi czy to my zmieniamy czas?

Szybko zgłaszam Olka Perskiego, który ma umiejętność zjednywania ludzi, ktoś inny zgłasza mało znanego Tadeusza Piętkę. I mamy komitet ogólnouniwersytecki. Po krótkiej kontrowersji, czy żądać zwolnienia zatrzymanych (a wiadomo, że siedzą już też Jacek i Karol i oni jako recydywiści i niestudenci są najbardziej zagrożeni), podejmujemy rezolucję. Kwestia Jacka i Karola jest jakby w zawieszeniu. Jak na wypełnioną aulę zebranie przebiega zadziwiająco sprawnie. Pod sam koniec ktoś inicjuje Międzynarodówkę. Śpiewana do znudzenia na oficjalnych akademiach tu w auli Mickiewicza staje się pieśnią buntu.

Wieczorem kolejne zebranie na matematyce, moim rodzimym wydziale. Prowadzi Hanna Szmuszkowicz, docent, z którą miałem już rozmowę na temat skierowania po studiach na Politechnikę. „Bowiem na Uniwersytecie nie może Pan zostać, za mało pan pracuje” – powiedziała. Uważam, że i tak potraktowała mnie łagodnie. Teraz jest pełna troski o studentów. Wybieramy Komitet. Nasz rok ma nadreprezentację - obok mnie są w komitecie też Witek Holsztyński, mój najbliższy współpracownik od wielu miesięcy, i Jurek Jurkiewicz. Z roku niżej Tomasz Kuśmierz.

Gdy zbieraliśmy podpisy, jeszcze w styczniu Witek przyleciał do mnie nieco, delikatnie mówiąc, przerażony. Zgłosił się do niego nasz szkolny kolega R. z propozycją zapewnienia zbrojnej obstawy przy składaniu list do Sejmu. Uznaliśmy, że nasz kolega nie wytrzymał napięcia podczas zbiórki i dostał czegoś w rodzaju manii prześladowczej. Wskazywało na to jego zachowanie i pozbawiona logiki argumentacja. Prowokację wykluczyliśmy.

Nocuję u Lapterów.

czwartek, 13 marca 2008
Niedziela, 10 marca 1968: Mama wie prawie wszystko

Spanie na komendzie jest o tyle utrudnione, że nad drzwiami pali się żarówka umieszczona za gęstą metalową siatką. Powoduje to, że w celi jest cały czas nieprzyjemny półmrok, zaś rozproszone światło razi w oczy. Tuż po szóstej do celi wnoszą kawę, chleb i smalec. Mijają dwie godziny i wczorajsze pytanie zdaje się być rozstrzygnięte. Jeżeli po 48 godzinach nie wypuścili to za chwilę prokurator powie mi zarzut i wręczy sankcję.

Gdzieś po 10 wywołują mnie z celi, wydają depozyt i prowadzą na górę. Tam spędzam godzinę zamknięty w pokoju. Wchodzi ubek i ostrzega przed podejmowaniem antypaństwowych akcji po czym sprowadza na dół. Jestem samotny przed Mostowem na rogu Nowotki i wolno jakby nie dowierzając idę do tramwaju.

W domu nieoczekiwany gość Marek L., mój starszy kolega z dzieciństwa, który jest dziennikarzem Radiostacji Harcerskiej. Mówi, że razem z kolegą Jurkiem M., próbują dokumentować to, co się dzieje, wiedząc, że nie pójdzie to na antenie, lecz dla potomności.

Mnie jednak bardziej interesuje, co z przyjaciółmi. Mama wie prawie wszystko, reszty dowiaduję się przez telefon. No więc podobnie jak mnie wypuścili Sławka Kretkowskiego i chyba Olka Perskiego, natomiast dalej siedzi Sewek. Wczoraj u Adama był kocioł, wpadł tam Waldek Kuczyński i niewidziany od lat Stanisław Gómółka. Siedzi chyba Basia Toruńczyk. Kocioł był też u sąsiadów Adama. Oho – myślę sobie – u Włodka Kofmana, czyżby tak zadziałało nasze przypadkowe spotkanie w czwartek.

Jedynym miejscem, w którym można spotkać ludzi jest akademik na Kickiego. Decyduję się tam jechać. Marek jakby miał ochotę jechać ze mną, ale mówię o tym, że mogę mieć obstawę i mimo jego lekkich nalegań wychodzę sam. O dziwo, wygląda na to, że nie mam obstawy. Zmieniając na wszelki wypadek autobusy dojeżdżam do akademika, gdzie spotykam i Józka Dajczgewanda i Sylwię Poleską, Jagę Dzięgiel, Michała Przybyło. Rozmawiamy, zastanawiamy się. Jedno jest pewne. Jutro trzeba jechać na wydziały. Zakładamy Komitety Studenckie.

 
1 , 2